Dziś jest piękne słoneczko.
^
|
to zdanie to ściema, bo tak to jest jak się nie pisało od dawna - tyle się wydarzyło że jak już przyszło do pisania, to nie wiem o czym mam pisać.
A wiec globalnie:
- zdrowie dopisuje i na najbliższe poł roku mam spokój, bo jestem świeżo po grypie ;)
- potwornicki (mitsubishi pajero long II) się rozpada na drodze, więc znów nabawiłam się lęku przed prowadzeniem pojazdów mechanicznych
- nie reklamuje się, a zleceń ślubnych przybywa (wypadałoby zrobić własnego website’a, tylko że tak samo się zabieram do tego jak do pisania na blogu)
- po letnim (w zasadzie od maja do listopada) szaleństwie z aparatem nabawiłam sie odrzutu do zdjęć i jeszcze mi nie przeszło
- zapaliłam się do dawnych czasów – offroady na motorze z czasów II wojny światowej z koszem: zbieramy sie na zimową wyprawę po bezdrożach zakończoną ogniskiem i kiełbaskami
- chodzi mi po głowie zakup powiększalnika i zaadaptowanie łazienki na ciemnię fotograficzną (na razie odstraszają mnie ceny chemii i papieru fotograficznego)
- a poza tym to się wydarzyło ooOoooOooo i jeszcze trochę.
no ale najtrudniejsze, czyli przelamanie milczenia chyba mam za soba, co nie? ;)
Zagęszczenie korków na drogach uświadomiło mi, że wakacje się skończyły i nadszedł wrzesień - tak było ponad tydzień temu....
ten ponadtydzień też jakoś tak szybko przeleciał.
Dziś mam urlop, ale tylko od jednej pracy, za chwilę zasiadam do tej drugiej, co prawda ukochanej, ale niestety - czasochłonnej
.znów rozpoczynam wyścig z uciekającymi minutami.
i tak naprawdę..
Nawet nie wiem kiedy czas smignął mi miedzy palcami. W zasadzie... od maja?... jakaś luka powstała, a może wpadłam w nadświetlną i sama o tym nie wiem? ;)
No i przede wszystkim: Ktotoś, Jotka, Mala-czarna (było jeszcze kilka innych osób) - w zeszłym roku ustawiłam sobie przypominacz w telefonie - niedlugo, a dokładnie za 10 dni puknie nam 10 lat !!!! ;)
Niedziela rano. Wariatka za kółkiem, czyli ja, w CD kręci sie
WithinTemptation.
Za Wejherowem na przystanku stała młoda dziewczyna i machała "na stopa".
Zrobiło mi się jej szkoda, bo nie było zbyc ciepło.
Zatrzymałam się. Zapytała czy jade prosto, powiedziałam ze tak, ale za okolo 40km
zjężdzam z glownej. Pokiwała głową że jej pasuje i wsiadła.
Mam takie przyzwyczajenie że jeśli kogokolwiek biorę na stopa, to się z
nim zapoznaję, żeby nie było krępującej ciszy w samochodzie.
Wyciągnęłam rękę do niej
- Monika jestem
- Kasandra - powidziała melodyjnym językiem (acha, wiedziałam już kogo
zabrałam na stopa).
- z Bułgarii, przyjechałam do pracy
Na ogon wsiadł mi mercedes s klasa i jechał cały czas w stałej odległości.
Zerkałam w lusterko. Dla pewności przyspieszyłam - on tez, a potem zwolniłam i się
nadzwyczajnie wlekłam... nie miał zamiaru wyprzedzać.
Po okolo 30 km mercedes nas wyprzedził i zniknął na horyzoncie a
Kasandra poprosiła żebym ją wysadziła w lesie (!!!)
wjechałam w leśną ściezynkę, bo nie było za bardzo pobocza i wysiadła.
Takim oto sposobem zaliczyłam tirówkę.
no - może inaczej - podwiozłam koleżanke do pracy.
;o))))))))))
nie no ten wiatr przesadza
goni chmury piasku po drodze,
wciska drobiny do oczu
szarpie za ubranie
buja sie na slupach oswietleniowych
jest wściekły i porywczy.
wyje w wywietrznikach i z impetem odbija sie od scian i okien
ciemność panoszy się pod zamkniętymi powiekami
światło czuję tylko przez skórę
czarne myśli osaczają, opadają na ramiona
dotykają kolan i zaciśniętych dłoni
próbuję je strząsnąć
..nawet ciężka muzyka z głosników nie jest w stanie ich odpędzic
posiedzę jeszcze tak chwilę
kiedyś i tak trzeba się podnieść
off topic.
znalazłam sentencję, jakże prawdziwą:
Причинить самую страшную боль человеку
сможет лишь тот,
кто подарил ему больше всего счастья...
Największy ból drugiemu człowiekowi
może sprawić tylko ten
kto podarował mu najwięcej szczęścia..
płonąca rzeka,
św Florian w ogniu..
obok figura św Antoniego - patrona zagubionych (rzeczy i ludzi)
a moze odnazlezionych?
stopy w ogniu
płonące oczy
i palące spływające strugi morskiej wody
dziwny sen,
zbyt realistyczny jak na sen
dzis budzilam się dwa razy
i odwracałam poduszkę mokrą od łez na drugą stronę
czasem zbieram perełki,
te kiedyś zgubiłam, dziś znalazłam ponownie:
"teoria, mówiąca o tym, że to fotograf a nie sprzęt robi zdjęcia,
jest w 100% prawdziwa
do chwili przekroczenia progu ciemnej katedry.
potem tej prawdzie ubywa kilka %"
trzeba wstac od komputera i rozprostowac kosci - powiedziała senee rozciągając ręce na boki
rozległ sie trzask
ups..
tak to moje stawy
w kolanach tez trzeszczy
ale sie tym nie przejmuje bo odkad pamietam to trzeszczalo
pora spac, bo co z tego ze przestawili godzine (ja jeszcze nic nie przestawialam, wole czas letni - do otoczenia dostosuje sie roszke pozniej)
wg mojego czasu jest 3:30 a rano musze wstac o 7:00
nawet nie to ze mam dosc rzęsistego, dżdżystego, jednostajnego, mokrego i zimnego deszczu
ale martwi mnie rosnący na suficie zaciek
martwi mnie też ilośc wody w bajorku za oknem, ktora się marszczy wzbiera i wyłazi ponad brzeg.
Jeszcze mi zakwasy nie zniknęły od łopaty a już zalało nawet tę ścieżkę którą wycisnęło kółko taczki, kiedy jeżdziła w niej ziemia na podniesienie brzegu.
a za oknem jednostajny szum
niby uspokajający a jednak nie jestem spokojna.
Cieszyłam się z potwora
trzy tygodnie temu stracił tylny most i oba koła - na prostej drodze
prywatne śledztwo wykazało zajeżdzenie go w PeeLu zaraz po sprowadzeniu.
Most wymieniony ale za to złapał kapcia i znów stoi
a by sie przydał na poligon, kiedy ulice zalane a tam gdzie mogło by byc przejezdnie - sa korki
no cóż - niski opelek też daje radę po poligonie (polna droga upstrzona kałużami)
yhh... kto zaspiewa piosenke w taki sposób żeby chmury uciekły?
sie ze mnie dzis nahihotal wsrtretny i zlosniwy (zupelnie jak ja).
Odebralam wywolane zdjecia do albumu slubnego, drzacymi rekoma rozlozylam na stole i stwierdzilam.. ze ktos inny je robil, nie ja, ze ja takich nie potrafie.
O dziwo - podobaja mi sie. "O dziwo", bo jestem bardzo krytycznie nastawona do zdjec ktore robie.
Pokazalam kolezance - z gesia skorka na rekach ogladala te zdjecia (czyli nie tylko mi sie podobaja)
no i co?
i przyszedl deszcz, siedzielismy pod daszkiem i pilismy piwo, deszcz padal, wyszlo slonce i pojawila sie przecudna bardzo wyrazista tecza, komorka - to oczywiste ze zrobi zdjecie jak zrobi w standardzie komorkowym, kolezanka pobiegla po aparat - malpeczka-automat i co? i nie potrafilam nim zrobic zdjecia.. bo nie wychodzilo to co chcialam,
pobieglam do domu po moj aparat (Nikon D300 z jasnymi szklami) i co? i jeszzczze gorzej niz malpka..
czy to nie zlosliwosc losu?
zadne - naprawde zadne zdjecie mi nie wyszlo, wszystkie bez wyrazu, bez kolorow, w ogole aparat jakby zwariowal,
pod daszkiem mimo ustawien jak na takie warunki pogodowe i odbiciowe przystlo lampa jakby zyla swoim zyciem..
wstyd mi sie zrobilo i schowalam aparat do torby
naprawde los jest zlosliwy,
a jak sie kiedys tak zezlosci na ktoryms slubie?
... mozna sie jakos podlizywac do losu?
jesli ktos wie jak, to ja chetnie poprosze o przepis.
"a żesz se przyszła wiosna"
- widziałam dziś bociana
w locie :o)
.
.
.
dużo wody upłynęło od ostatniego wpisu - nie liczyłam litrów
kra też udała się do morza by tam w końcu stopnieć
...sama nie wiem ile notek co noc układało się w mojej głowie
tylko po to żebym o nich zapomniała zasypiając.
- pierwsza gwiazdka - bo śnieg
- druga gwiazdka - bo może być żółty (zartowalam) ;o)
- trzecia gwiazdka - bo zdjęcia od ręki wychodzą czarno-białe
- czwarta gwiazdka - bo jak przysuniesz nos do zaspy to widzisz pojedyncze sliczne gwiazdeczki
- piątka gwiazdka - bo podczas dużych mrozów migające diamenciki odbijają sie w nikłym świetle latarni
... i z nieba też spadają diamenty
- i szósta gwoazdka - poza tematem - nie do zniesienia: skrzypiący śnieg pod stopami, paraliżujący każdy ruch, powodujący uczucie pękania szkliwa na zębach...
fenomen zimy: nienawidzę zimy, nie cierpię zimna, nie jestem odporna, skóra na dłoniach bolesnie pęka, usta suchymi odłamkami haczą o szalik, naelektryzowane włosy przyklejaja sie do twarzy
- a jednak jestem zafascynowana
własnie wróciłam w nocnego spaceru
wytarzanego w zaspie, uśnieżona do ostatniej suchej nitki
echhh... :o)
zima: po prostu zima
..i zycie:
sobota i niedziela pod znakiem śnieżnej łopaty, żeby dokopać się do bramy i w poniedziałek wyjechać do pracy bez pomocy sąsiddów zapierających się o bagażnik auta.
i kolejny atut mieszkania na odludziu: godzina 1:30 głośniki na 80% mocy i Nightwish - dawno nie słuchany
- obiecuję że będzie słodko... - powiedziała do mnie kolejna krówka
- wiem wiem, zamruczałam z pełnymi ustami
uwielbiam krówki, a te w (po)świąteczne w łaciatym pękatym opakowaniu zwłaszcza.
"słodki Wawel" (reklama bardzo wskazana, bo warto) ;o)
z końcem roku się skończyłam, i pozytywnie i negatywnie. Odpadłam z nadmiaru wrażeń, pracy i braku snu. W wigilię zasnęłam przy kolacji nie rozpakowując niemalże prezentów (rozpakowałam, bo niecierpliwa mama szarpała mnie za ramię że mam nie spać tylko zajrzeć co mi Mikołaj przyniósł)
czułam się jak weteran z wojny polsko-ruskiej w wersji kinowej po przespaniu hmm.. nie wiem.. 3 tygodnie po 2-3 godziny a w ostatnich 4 dobach po poltorej godziny może mniej.
no ale, zwyciężyłam
ciało, sen, umysł..
- z umysłem to skłamałam
bo chodziłam do tyłu pewnie dlatego że mi się zastawki (potocznie zwane klepkami) w głowie poprzestawiały ;oD
obawiam się że ten stan mi pozostał do teraz.
plotę brednie - bo mam pustkę w głowie
tyle chcę napisać i wszystko wydaje mi się głupie
a kolejna krówka mówi:
- zaskoczę cię
- nie wątpię
;o)